„Będę tym Sprawiedliwym do końca życia” – mówi Anna Stupnicka-Bando, która jako dziecko wnosiła jedzenie do getta warszawskiego i skąd uratowała żydowską dziewczynkę. W Narodowym Dniu Pamięci Polaków ratujących Żydów historia honorowej prezes Polskiego Towarzystwa Sprawiedliwych wśród Narodów Świata przypomina, że odwaga często zaczynała się od codziennych, cichych decyzji.
24 marca, w rocznicę niemieckiej zbrodni na rodzinie Ulmów i ośmiorgu ukrywanych przez nich Żydach, świadectwo Anny Stupnickiej-Bando wybrzmiewa dziś szczególnie mocno. „Żydzi byli polskimi Żydami” – podkreśla 97-letnia Sprawiedliwa, wracając do doświadczeń okupowanej Warszawy. Jej wzruszająca opowieść, którą podzieliła się z Heschel Center News, to historia rodziny, która niosła pomoc mimo śmiertelnego zagrożenia.
Dom otwarty na innych
Matka Pani Anny, Janina, działała w podziemiu, zajmowała się prowadzeniem ksiąg meldunkowych i administracji domów. „Uważała, że wszystkich trzeba równo traktować” – wspomina. Dzięki przepustce do getta warszawskiego mogła pomagać także bezpośrednio. Mała Anna przenosiła w szkolnej teczce chleb i marmoladę dla biednej, wielodzietnej rodziny.
Droga z getta
Przełomem była decyzja o wyprowadzeniu z getta pewnej dziewczynki, zbliżonej wiekiem do 12-letniej Anny. „Teraz pójdziecie prosto do wyjścia z głową podniesioną do góry” – usłyszały. Liliana Alter zdjęła opaskę i razem z Anną opuściła getto. Po drugiej stronie czekała dorożka i nowa tożsamość. „Jej ojciec Hilary, (...) on postanowił zostać w getcie, a swoją córkę i żonę gdzieś z tego getta wytransportować" - wspomina.
Wojna i rozłąka
Od tej chwili Lilka żyła z rodziną Stupnickich jako Krysia Wójcikówna. „W tych dwóch pokojach przetrwałyśmy okupację” – mówi Pani Anna. Dziewczynka była ukrywana i chroniona, a dom stał się schronieniem także dla innych, którym matka pomagała zdobyć dokumenty i pracę. Do mieszkania na Żoliborzu często przychodzili też inni ukrywani Żydzi: Ryszard Grynberg i Mikołaj Borenstein.
Po powstaniu warszawskim kobiety trafiły do obozu w Pruszkowie, a następnie w okolice Krakowa. Wszystkie przetrwały. Po wojnie Lilka wyjechała do Francji, a kontakt na lata się urwał.
Spotkanie po latach
Dopiero w 1989 roku Liliana odnalazła Annę. „Ach, to ty jesteś lekarzem” – powiedziała przy pierwszym spotkaniu. Powrót do wspomnień nie był łatwy. „Nie chciała przyjechać, bo się bała, że może jakiejś depresji dostanie, ale w końcu przyjechała wraz z synem na otwarcie Muzeum POLIN” – wspomina Anna Stupnicka-Bando.
Dziś jej słowa wybrzmiewają jak zobowiązanie wobec historii i pamięci: „Będę tym Sprawiedliwym do końca swojego życia i będę przychodziła, będę brała udział we wszystkich uroczystościach”.
Właśnie takie świadectwa – jak historia Anny Stupnickiej-Bando – nadają sens obchodom 24 marca i przypominają, że za każdą uratowaną osobą stoi konkretna decyzja, odwaga i wielkie umiłowanie drugiego człowieka.
___________
Heschel Center News, Karol Darmoros